Fiat 126p

fiat-126-292254_960_720

Obecnie, gdy jeździmy fajnymi autami, śmigając jak sarenki po szerokich autostradach;  wyposażeni w różnego rodzaju bajery, czujniki, mierniki i licho wie jakie jeszcze bibeloty,  zdążyliśmy wyrzucić z pamięci wielki samochodowy kawał historii a mianowicie Fiata 126p! Sen każdego obywatela!
Pamiętam, że istniały dwa typy,  które klasyfikowały właściciela na szczeblach drabiny społecznej.  Pierwszy, ten starszy zapalało się w okolicach hamulca ręcznego.  Były tam zamontowane dwie wajhy, które należało odpowiednio manipulować w celu uruchomienia pojazdu. Wpierw, podnosiło się pierwszą (do tej pory nie wiem w jakim celu)  a potem heblowało się drugą, która zapalała silnik. Jeśli niebo było przychylne, to po dość konkretnym telepaniu całym pojazdem,  usłyszeć można było błogosławiony warkot motoru.  Drugi model, był już bardziej wypasiony, gdyż zapalał się kluczykiem! Jak Łada i Polonez.
Gdy zrobiłam prawo jazdy (lata temu),  tata podsunął mi pomarańczowego malucha (początkowo w pierwszej wersji). To była jazda! W tamtym okresie chodziłam do plastyka i mieszkałam w akademiku, więc do auta musiałam naładować wszystko to, co było mi potrzebne w ciągu tygodnia – włącznie z farbami, zwojami bristolu i blejtramami (niebotycznie wielkimi).  Nie byłoby w tym nic szczególnie dziwnego, gdybym jeździła sama. Lecz niejednokrotnie, było nas czterech (czasami pięciu!).  Wyobraźcie sobie, naładowaną po brzegi metalową puszkę,  w której ciężko było oddychać (o ruchu nie wspominam). W żadnym wypadku, nie można było otworzyć okien, gdyż na zakręcie powypadałoby połowę stuffu a do tego jeszcze jakiś obywatel! Zresztą, okna były tylko dwa. Właściwie cztery,  lecz te tylne, można było nazwać atrapami.  Tylko delikatnie uchylały się w bok.  Ja, do tej pory nie wiem,  jak to było możliwe.  Cztery osoby, paczki, kuferki,  walizki,  taszki i nesesery. Gdyby nieopatrznie zatrzymał nas patrol drogowy….. Rany, wolę nie myśleć!!!!
Mój maluch, był fantastyczny.  Pasek klinowy, urywał się na porządku dziennym a uruchomienie silnika (szczególnie w ostatnich latach życia fiacika),  graniczyło z cudem! Szczęśliwym trafem, mój tata  (który miał zawsze głowę na karku!)  opatentował drantkę, działającą jak rozrusznik. Cała akcja, polegała na otwarciu tylnej klapy i naciskaniu pewnego bolca,  za pomocą tego właśnie długiego „narzędzia” .  Słuchajcie,  działało jak cholera!!!!!
Klasyka polskiej inżynierii z serii polak potrafi!!!  Maluch, natychmiast zaczynał pracować a właściwie jego silnik. Było to niesamowite uczucie, warkot motoru,  graniczył z wygraną w totka!!!!
Najweselej było, gdy przez przypadek  maluch wysiadał na wjeździe pod górkę.  Kurka wodna,  emocje nie do opisania!  Jeżeli działał ręczny,  można było wykombinować jakiś myk taktyczny. Lecz gdy ręczny też szwankował, pozostawała modlitwa.
Historia ręcznego,  to był osobny temat. Pamiętam, że ciągle należało szpanować linkę,  która nieustannie się naciągała (kolejny cud peerelu – jak z metrowej metalowej linki, można uzyskać linkę pięcio metrową a nawet dłuższą ).
Temperatura w maluchu była niebotyczna (latem przy czterech osobach fiacik zastępował saunę )  a zimą,  należało przejechać minimum 20 kilometrów, by nagrzać dobrze silnik i poczuć ciepły podmuch „klimatyzacji”.
A pamiętacie przejazd przez wielkie kałuże?  Jeżeli zamoczyło się „coś tam” pod spodem (jeden czort wie o co chodziło)  samochód natychmiast stawał w miejscu, jak stara nadgryziona zębem czasu żaba. I żadna siła go stamtąd nie ruszyła.
Bagażnika oczywiście nie było (chyba tylko ten na dachu) więc wszelkie tobołki, należało kurczowo dzierżyć w dłoni.
Wciąż zastanawiam się, dla kogo fiacik został opatentowany.  Wiadomo, że Polacy są narodem wysokim a do malucha można było wbić się, gdzieś do metra pięćdziesiąt.  Jeśli wzrost przekraczał tą cyfrę,  należało złożyć się w pół i jakimś cudownym sposobem usadowić w fotelu. Głową tłukło się w dach a nos orał po kierownicy, ale pojazd kulał się do przodu, osiągając zawrotną maksymalną prędkość 70 km/h.
W moim, miałam jeszcze akcje z przednimi światłami. Pamiętam, że coś w środku delikatnie się zacinało i należało konkretnym i zdecydowanym ruchem walnąć w przednią cześć karoserii. Po owym walnięciu,  blask natychmiastowo rozświetlał ulicę!
I jeszcze jedna kwestia – wyładowania akumulatora; tak częste jak chleb powszedni. Gdy maluch padał,  należało liczyć na zatrzymanie taksówki,  lecz nie w celu dojazdu do domu, lecz w celu podpięcia „na krótko”.  Taksiarze, prawie zawsze wozili ze sobą, potrzebne ku temu przewody. Ewentualnie, można było zapalić „na popych”,  oczywiście mając pod ręką, potrzebny do tej akcji „materiał” – dwóch/trzech odżywionych panów w średnim wieku. Gdy w pobliżu znajdowała się górka, człowiek był uratowany! Wystarczyło kapkę popchnąć i w odpowiednim momencie wrzucić dwójkę.  Fiacik, zapalał prawie do strzału!
Jaką frajdą jest teraz jazda? Wszystko przyjemne, ale bez wyższych emocji. Szkoda, że młode pokolenie nie będzie mogło zrozumieć o co nam w tym wszystkim chodzi.
Kochany maluch z przegniłym podwoziem,  puszka radości,  płaczu i nadziei.
Symbol peerelu!

fiat-126-292261_960_720

(*immagini utilizzate provengono da Pixabay)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *